zygmunt_baumanNie każde życie miejskie jest nowoczesne – ale wszelkie życie nowoczesne jest życiem miejskim. Mówić o “unowocześnianiu” życia, to tyle, co powiadać o jego upodabnianiu się do życia miejskiego – a więc o tym, że:

– jest w tym życiu wiele szlaków, jakie mogą wieść w wielu kierunkach, wypada więc między trasami wybierać, a gdy się już wybrało, pilnować bacznie, czy aby droga w spodziewanym kierunku prowadzi; nieraz przyjdzie zaniechać wędrówki, wrócić do punktu wyjściowego, wytropić szlak lepszy czy choćby odmienny od porzuconego; a wszystkiego tego nie dokona się bez umiejętności sprawnego odczytywania sygnałów – ale także nie bez odwagi brnięcia na ślepo;

– sygnałów na trasie wędrówki jest zawsze więcej niż oczy zdążą odnotować, a mózg przyswoić – więcej nawet, niż wędrowcy trzeba, by dotrzeć tam, gdzie zmierza; wypada zatem wśród sygnałów przebierać, odróżnić ważne od nieistotnych, łuskać ziarna informacji z plew zgiełku; niekiedy wypada też wyczarowywać, siłą wyobraźni tylko, kształty sensu w poszumie jednostajnym, w jakim sens wszelki tonie i ginie bez śladu;

– ścieżki wyrąbywać trzeba poprzez teren gęsto wypełniony innymi ludźmi, równie gorliwie zajętymi poszukiwaniem, moszczeniem szlaków; wypada więc zastanowić się nad ich zamiarami, domyślać, co też poczną lub co począć mogą, obliczyć szansę zderzenia, przewidzieć zbliżającą się kolizję i zapobiec jej;

– jako że nie można intencji innych ludzi w pełni przeniknąć, a ich ruchów do końca przewidzieć, żeglowanie zawsze zawiera element ryzyka i przygody; doskwiera mu niedobór miarodajnych drogowskazów i brak rutyny, jaka mogłaby osłabić ryzyko wyboru.

fot. Zygmunt Bauman Rozziew między tym, co trzeba byłoby wiedzieć dla bezbłędnej nawigacji, a tym, co się wie naprawdę (lub sądzi się, że wie się) o faktycznych i możliwych ruchach innych ludzi, odbiera mieszkaniec nowoczesnego miasta jako “obcość” innych ludzi (i siebie samego w ich towarzystwie); to ten właśnie rozziew konstytuuje napotkanych jako obcych. Życie miejskie uprawiają obcy wśród obcych. Mówiąc słowami Michała Schlutera i Davida Lee: “obcym jest każdy z nas, gdy wychodzi na ulicę” 1. We wspomnianym rozziewie panoszy się ambiwalencja: jest ten rozziew siedliskiem zarówno zagrożenia, jak i wolności. Dwuznaczność sytuacji odbija się dwuznacznością odczuć: radosna antycypacja przygody miesza się z nieznośnym odczuciem zagubienia. Rozziew przyciąga i odpycha zarazem, podnieca i straszy; jego powaby i obmierzłość żywią się i podsycają nawzajem. Jak bliźnięta syjamskie nie przeżyłyby one separacji.

Tajemnica szczęśliwości mieszkańca miasta w tym tkwi, by wyczerpać do dna potencjał przygody zawarty w niedookreśleniu własnego celu i marszruty, redukując zarazem lub pozbawiając żądła zagrożenie wynikłe z podobnego niedookreślenia celów i tras innych obcych. Dwa te zadania, uzupełniając się nawzajem, pozostają zarazem we wzajemnej sprzeczności, jako że obcymi jesteśmy w mieście wszyscy, a więc broń w obcych wymierzona jest obusieczna i wszelkie ograniczenie swobody ruchu ludzi obcych może tylko uwalniać od strachu, przykrywając zarazem radości z wolności zrodzonej.

Tajemnica szczęśliwego (względnie szczęśliwego, optymalnie szczęśliwego) miasta tkwi zatem w kompromisie, w równoważeniu szans i gróźb w “dogadaniu się” (settlement, by użyć trafnego terminu zaproponowanego przez Larsa Henrika Schmidta2) między konfliktowymi wymogami a nie w definitywnym rozwiązaniu sprzeczności (tej sprawy “załatwić” do końca nie można). Problem na tym polega, by uszczknąć z wolności tyle tylko, i nie więcej, ile odjąć się koniecznie musi, by można było znosić na co dzień rozterki niepewności – a z niepewności tyle tylko i nie więcej, ile się da uciąć bez przycięcia skrzydeł wolności. Ale nie kompromisu poszukiwali na ogół myśliciele, zatroskani warunkami życia w nowoczesnym mieście. Wyobraźnią nowoczesnych urbanistów (czy utopistów urbanistycznych) kierowało marzenie o “boju, który będzie ostatni”, o “ostatecznym rozwiązaniu”, o unicestwieniu raz na zawsze jednego z członów sprzeczności gwoli triumfu drugiego. Nie różnili się w tym względzie światli urbaniści od przeciętnych ludzi skazanych na życie w nowoczesnym mieście; najgłębszą i najmniej uleczalną z dolegliwości tego życia, jak powiada Alf Hornborg, jest “szamotanie się między tęsknotą za communitas, żądzą bycia częścią czegoś potężniejszego od ułomnej jaźni, a strachem przed utratą jestestwa”3 – szamotanie się bezskuteczne, kończące się z reguły odkryciem, że wolność bez wspólnoty równa się szaleństwu, a wspólnota bez wolności jest niewolą.

DWIE (NIESKUTECZNE) STRATEGIE ŻYCIA WŚRÓD OBCYCH

Ogólnie biorąc, można zabiegać o “ostateczne rozwiązanie” kierując się jedną z dwu, równie “racjonalnych”, ale i równie nieskutecznych strategii. Jedna strategia każe redukować na tyle, na ile to możliwe, a jeszcze lepiej eliminować bez reszty, element niespodzianki (a więc i nieprzewidywalności) z repertuaru zachowania się współmieszkańców. Druga strategia doradza, by ów element niespodzianki pozbawić znaczenia; aby wtopić ruchy “obcych” w bezbarwne, pozbawione wyraźnych konturów tło, na jakie nie musi się zwracać uwagi i o które nie trzeba się troszczyć. Obie strategie zmierzają do przekształcenia miasta w to, co Lyn Lofland nazwała “zrutynizowanym światem obcości”4. Świat “zrutynizowany” wyjaśniamy, to tyle, co świat postępków powtarzalnych, podległych wzorom, jakich można się nauczyć na pamięć; tyle, innymi słowy, co świat wolny od przygodności. Dwie wymienione tu strategie są powszechnie stosowane, ale nie jedyne. Często uzupełniają je inne jeszcze strategie, podobnie nieskuteczne, a nadto jeszcze pozbawione oficjalnego zaświadczenia o racjonalności. Wśród tych innych strategii rzucają się najbardziej w oczy ponawiane od czasu do czasu zabiegi magiczne symbolicznego uśmiercania niepewności przez palenie jej kukieł: ogniskowanie nieznośnej przygodności bytu, której zaradzić nie można, na wybranej kategorii obcych, “na którą jest rada” (na imigrantach, Cyganach, włóczęgach, ludziach bezdomnych, miłośnikach dziwacznej mody, wyznawcach osobliwych kultów i innych “odmieńcach”), tusząc wbrew rozsądkowi, że wystarczy tylko pozbyć się lub zawrzeć pod kluczem, a zniknie bez śladu przygodność jako taka i nastanie wyśnione królestwo rutyny.

Wszystkie utopie – owe kryształy osadzające się w roztworze tęsknot i nadziei nowoczesnego umysłu – forytowały pierwszą z dwu teoretycznie możliwych “racjonalnych” strategii; były utopiami uładzonego, przejrzystego i przewidywalnego świata “przyjaznego dla użytkownika”. Rzecz znamienna, że były one zarazem, niemal bez wyjątku, utopiami architektonicznymi i urbanistycznymi (samo pojęcie “porządku” [ordo] przywędrowało do myśli nowoczesnej z architektury, gdzie ukształtował się pierwotnie jego sens jako takiego układu, w którym każda część pasuje do wszystkich innych w sposób doskonały na tyle, że nie można jej usunąć lub wymienić bez szkody dla harmonii; każda zmiana może harmonię uszkodzić tylko, nigdy ulepszyć). Czytelnika pism utopijnych uderza wnikliwość i już sama ilość uwagi, jaką autorzy poświęcali wytyczaniu ulic i placów publicznych, planowaniu fasad i wnętrz domów, kalkulacji ilości mieszkańców, ich podziału przestrzennego i tras ich wędrówek po idealnym mieście. Zakładali widać (milcząco, chociaż czasem mówili o tym wręcz), że zachowania ludzkie są takie, jak ich otoczenie. Wystarczy uczynić układ ulic i domów regularnym, by regularnymi stały się pragnienia i postępki mieszkańców. Wystarczy oczyścić miasto z wszystkiego, co przypadkowe i niezaplanowane, by działania ludzkie przestały fot. Z. Bauman być niesforne, kapryśne i nieobliczalne. Wysiłki planistyczne były więc dla proroków utopii wojną wypowiedzianą obcym – ściślej zaś, wojną przeciw temu właśnie niedookreśleniu, niezdefiniowaniu, jakie czyni innych ludzi – współmieszkańców miasta – obcymi. Celem wojny były nie tyle podbój i przymusowe nawrócenie obcych, poskromienie i oswojenie krnąbrnych i nieposłusznych, ile radykalna likwidacja wszystkiego, co obcość rodzi – wszystkiego co w normalnym, spontanicznie powstałym mieście jest jedyne w swoim rodzaju, wyjątkowe, zaskakujące, odbiegające od “norm”. Innymi słowy, celem strategicznym wojny było jednakie środowisko miejskie dla jednakich ludzi, jednorodność środowiska rodząca jednorodność zachowań ludzkich. Obcy był wrogiem uniformizmu i monotonii, owych warunków nieodzownych ładu i myślą przewodnią urbanistycznej utopii (czyli utopii społeczeństwa doskonałego, realizowanego za pośrednictwem miast doskonale zaplanowanych) była eksterminacja wszystkiego, co w obcym obce, a więc i obcych jako takich.

W Sumieniu Oka, najwnikliwszym bodaj studium idei, jakie kierowały planowaniem miast nowoczesnych i kształtowały rzeczywistość życia miejskiego na tyle, na ile poddane ono było wpływom planistów – Ryszard Sennett dochodzi do wniosku, że “krata” (grid, miasto złożone z ulic przecinających się pod kątem prostym, z podłużnych i poprzecznych serii bloków o identycznym kształcie i rozmiarach) najpełniej i najbardziej dokładnie wyrażała marzenie rozmiłowanych w ładzie urbanistów o mieście jako środowisku jednorodnym, bezosobowym, wyciszonym emocjonalnie i naturalnym. Krata zastępuje wyraziste i wyróżniające się, szczelnie wypełnione sensem i sens narzucające obiekty miejskie anonimowymi skrzyżowaniami i bokami identycznych kwadratów; jeśli krata coś symbolizuje, to priorytet szkicu wobec rzeczywistości, logicznego, rozumu wobec nierozumnego żywiołu; intencję ujarzmienia kaprysów przyrody i historii przez wtłoczenie ich w ramy praw nieubłaganych i nie podlegających odwołaniu.

Kratę rozumieć można – powiada Sennett jako broń ukutą przeciw charakterystyczności środowiska, poczynając od środowiska geograficznego. W miastach takich jak Chicago, kratę narzucono na teren wysoce nieregularny (…) Cechy szczególne terenu, jakie można było zniwelować – wypukłości gruntu, stawy czy strumyki, zrównano lub wysuszono; naturalne przeszkody, jakich usunąć się nie dało – kręte koryta rzek i zagmatwane linie jezior – planiści po prostu zignorowali, jakby zakładając, że nic takiego, co tyrania mechanicznej geometrii złamać nie może, nie istnieje (…) Zagrody i osady wiejskie rozsiane na terenie dziewiętnastowiecznego Manhattanu miasto przeniesione z rajzbretu na ziemię miało pochłonąć, a nie wcielić5.

W praktyce – inaczej niż w zamyśle – deptanie lub lekceważenie wybryków przyrody i ekstrawagancji historycznego przypadku okazało się trudne i brzemienne własnymi problemami; bardziej jeszcze deprymowało i konfudowało wczorajszych utopistów odkrycie, że ich wysiłki poszły na nic, że geometryczna elegancja miasta – kraty nie zaowocowała skutkami, jakich się po nich spodziewali. Krata nie uczyniła przestrzeni miejskiej jednorodną, przejrzystą i gościnną. Stała; się krata z miejsca macierzą nowej różnorodności; kanwą, na jakiej pstra a nadspodziewanie krnąbrna zbiorowość miejska haftowała z zapałem własne, przez nikogo nie zaplanowane wzory. Ku rozgoryczeniu i rozpaczy planistów, pionierzy socjologii miasta – chcąc uchwycić realia raczej niż założenia miejskiego życia – musieli nanosić na mapę Chicago, miasta eleganckiego w swej geometrycznej prostocie kraty, linie kręte i zawiłe; wynikłe z tych linii kształty ignorowały ładotwórcze intencje kraty w ten sam sposób, w jaki pomysł miasta – kraty ignorował przyrodzoną anarchię przyrody i historii.

Miasto, jakie wyłoniło się z dziejów nowożytnych, jest wszystkim, tylko nie przestrzenią jednorodną. Jest raczej zbiorem jakościowo odmiennych obszarów o zróżnicowanej i zdecydowanie wybiórczej atrakcyjności. Każdy obszar wyróżnia się nie tylko typem mieszkańców, ale i rodzajem obcych, jakich spotkania można się na jego ulicach spodziewać. Granice między obszarami są czasem przeciągnięte wyraźnie, opatrzone znakami i pilnie strzeżone; częściej są one zamazane i pozbawione barier symbolicznych czy strażników; ale z reguły są przedmiotem sporu, terenem potyczek, pobudką do prawowania się, zachętą do wojny podjazdowej i wypadków zwiadowczych. W takiej przestrzeni obcość obcych jest kwestią stopnia, sprawą notorycznie względną; przeobraża się ona, rośnie lub kurczy w miarę poruszania się między obszarami, a szybkość i głębia przeobrażeń różna jest dla różnych rodzajów obcych. Środowisko, swojskie dla jednych ludzi, jest terenem nieprzyjacielskim dla innych. Swoboda poruszania się po mieście stała się, rzec można, podstawowym czynnikiem uwarstwienia. Wysokość pozycji zajmowanej w hierarchii miejskiej mierzyć można stopniem, w jakim unika się przypisania do jednego tylko, ograniczonego obszaru; posiadaniem zasobów, jakie pozwalają “przeskoczyć” tereny dla innych zakazane, tym samym zapewniając dostęp do wszystkiego, co w mieście atrakcyjne.

Można też to spostrzeżenie wyrazić inaczej: mieszkańcy miast uwarstwieni są wedle tego, w jakim stopniu mogą oni żyć tak, jak gdyby druga z omawianych uprzednio strategii była możliwa do zastosowania; a więc wedle stopnia, w jakim mogą nie brać pod uwagę współobecności obcych i nie przejmować się niebezpieczeństwami, które mogą z niej wyniknąć. Rzecz w tym, że zasoby czyniące życie wolne od strachu przed obcymi możliwym są rozdzielone nierównomiernie, a zatem szansę takiego życia nie są równe. Liczni mieszkańcy dzisiejszych miast nie mają środków po temu, by przebierać między strategiami; nader często muszą przykrawać mapę “obszarów zamieszkalnych”, a nadto i mapę obszarów “publicznych” (a więc dostępnych dla odwiedzin) do rozmiarów ściśle ograniczonej, quasi-gettowej dzielnicy. W najlepszym przypadku mogą oni bronić obcym dostępu do dzielnicy, jaka stała się dla nich rezerwatem, odciskając na niej pieczęć własności i ustawiając na jej granicach ostrzeżenie intruzów, za pomocą – by przytoczyć listę sporządzoną przez Dicka Hebdidge’a – “rytuałów osobliwych ubiorów, przyjmowania dziwacznych postaw, rozbijania butelek i szyb, łamania przepisów i karków, retorycznych wezwań pod adresem prawa”6. Popularny dziś w potocznej mowie angloamerykańskiej opis terenu miejskiego “o złej sławie” jako no go znaczy co innego, zależnie od tego, od której strony się na tak opisany teren patrzy. Dla szczęśliwców, którym wolno przebywać i poruszać się na zewnątrz napiętnowanej dzielnicy, no go znaczy no go in; dla tych, co znaleźli się w jej środku, no go out. Dla tej części mieszkańców miasta, którym w udziale przypadła wolność poruszania się po terenach., które odwiedzić mają ochotę, konsekwencją uwarstwienia jest możliwość zrzucenia mieszkańców gett z rachunku “rzeczywiście istniejących” obcych, czyli takich obcych, których przyjdzie spotkać po drodze i na spotkanie których wypadałoby się przygotować, jako że uniknąć się ich nie da. Kombinacja sieci śródmiejskich autostrad i dróg przelotowych z ruchomymi fortecami limuzyn wyposażonych w opancerzone szyby i przeciwwłamaniowe zamki pozwala ominąć obszary, na których tacy obcy grasują; można te obszary bezpiecznie przemierzać, nie wchodząc w żadne kontakty z tubylcami. Notoryczne zróżnicowanie charakteru dzielnic miejskich – atrakcyjność jednych i niegościnność drugich – nie ulega zatarciu, ale uprzywilejowani mogą sobie pozwolić na ignorowanie obszarów najbardziej odpychających; trwają one poza zasięgiem ich wzroku i myśli. Wolność – przywilej mierzy się poniekąd ilością obszarów, jakimi można się nie przejmować i traktować jako “realnie nie istniejące”; albo tym, czy i w jakim stopniu od kategorii uprzywilejowanej zależy, jakie dzielnice odwiedzać w poszukiwaniu przyjemnych doznań, a jakie skutecznie obchodzić dla uniknięcia przykrości.

Podsumujmy: życie miejskie ma różne sensy dla różnych mieszkańców, a zróżnicowanie sensu dotyczy też treści pojęcia “obcego”- i zbioru ludzi, których to pojęcie obejmuje. Spostrzeżenie to trywialne, ale trzeba je przypominać uparcie ze względu na skłonność niemal powszechną (jakiej tylko badacze etnicznych, klasowych, pokoleniowych i kobiecych “podkultur” się wymykają) do opisu doświadczenia życia miejskiego jedynie z perspektywy ponowoczesnej, zdemokratyzowanej, lecz zarazem komercjalnie administrowanej, wersji flaneuryzmu – zajęcia niegdyś ograniczonego do wąskiego kręgu zamożnych ludzi zabawy, dziś dostępnego dla wielu, ale wciąż bynajmniej nie dla wszystkich mieszkańców miasta; daleko nie wszyscy przecież mieszkańcy wspięli się na wyżyny “w pełni rozwiniętego konsumeryzmu”. Pamiętać zaś wypada, ilekroć mowa o doświadczeniu flaneura (spacerowicza), że dwojaka wolność swobody poruszania się po dowolnych obszarach miasta i swobody omijania i unikania “niepożądanych obcych” jest jego warunkiem nieodzownym.

OBCY, PRZEZ SPACEROWICZA OGLĄDANY

fot. Z. Bauman W serii znakomitych studiów współczesnego życia miejskiego, a szczególnie w rozprawie zatytułowanej Citysex, duński socjolog kultury Henning Bech 7 wyliczył cechy życia, jakie składają się na doświadczenie dzisiejszego spacerowicza. We fragmencie, użytym przez Becha jako motto dla artykułu Życie pospołu, angielska pisarka Charlotte Bronte opisała “zachwyt i rozkosz”, “ekstazę wolności i uciechy”, jakich doznała spacerując po Londynie, “wędrując gdzie przypadek poniesie” i “ocierając się o mknące obok życie”. Dać się ponieść przygodzie, ale znajdować życie wszędzie tam, gdzie przypadek prowadzi i to takie życie, jakie mknie obok (a zatem pozostaje w polu widzenia wystarczająco długo, by je zauważyć, ale nie na tyle długo, by uwagę powstrzymać w biegu, uwiązać, pozbawić wolności uganiania się za przypadkową szansą); na tyle długo, by dać ostrogi wyobraźni, ale nie na tyle długo, by przyciąć fantazji skrzydeł nożycami faktów oto źródło rozkoszy i zachwytu, doznanie bliskie erotycznej, orgazmicznej przyjemności: oto, w największym skrócie, nauka, jaką wysnuł Bech z wiwisekcji miejskiego doświadczenia.

A wszystko to nie wbrew, lecz dzięki “obcości powszechnej”, jaka rządzi miejskim życiem. Nie wskutek magicznego przeobrażenia dystansu w bliskość intymną, skasowania wzajemnego wyobcowania ludzi sobie obcych – lecz przeciwnie: jeśli w doświadczeniu miejskim przyjemność bierze górę nad strachem, równie wszechobecnym doświadczenia składnikiem, to tylko dzięki utrzymaniu obcych w stanie obcości, zamrożeniu dystansu, zapobieganiu zbliżeniom; to właśnie z biologicznego poczucia wzajemnego wyobcowania płynie rozkosz owej szczególnej, znanej tylko spacerowiczom przyjemności bezkarnej – jako że nie obciążonej troską o następstwa, o obowiązki, jakie mogą z nich wyniknąć, o zobowiązania, jakie wypadnie zaciągnąć “jeśli coś się stanie”. Warunkiem przyjemności jest tu świadomość, że następstwa (z definicji trudne do kontrolowania), jeśli się i pojawią, trwać będą nie dłużej niż uciechy chwili (łudząco łatwe do kontrolowania). By oddać charakter spotkań ulicznych, które wzmacniają i potęgują, zamiast znosić obcość wzajemną, Erich Fromm posłużył się przenośnią “zdjęcia migawkowego”:

robienie zdjęć staje się namiastką widzenia. Musimy, oczywiście, patrzeć, aby nacelować soczewkę na pożądany przedmiot… Patrzymy jednak nie widząc. Widzenie jest czynnością ludzką, jednym z największych darów, jakim człowieka obdarzono: wymaga ta czynność aktywnej postawy, otwarcia się na świat, zainteresowania, cierpliwości, skupienia uwagi. Dzisiaj zdjęcie migawkowe (agresywność wyrażenia [snapshot w anglojęzycznej postaci – Z.B.] mówi tu za siebie) przekształca akt widzenia w zabieg mechaniczny8.

Angielską nazwą zdjęcia migawkowego, powtórzmy, jest snapshot; w celnym tym wyrażeniu obydwa składniki są równie ważne snap, “trzask” (jak w idiomie “jak z bicza trzasł”), i shot, “wystrzał”. Idzie więc tu o wystrzał, a więc o to, że kulą ugodzi to, na co nakieruję lufę, nie pozostawiając śladu na mnie, który cyngiel nacisnął: a zarazem i o to, że jest to trzaśnięcie tylko, “pstryk”, chwila ulotna; kontakt między strzelcem a celem nic trwa tu dłużej niż naciśnięcie spustu. Spojrzenie w stylu zdjęcia migawkowego – spojrzenie nie widzące jest zdarzeniem ulotnym jak odgłos wystrzału (nie krępuje więc przyszłego wyboru celów), jest epizodem (czyli zdarzeniem samoistnym, nie powiązanym ani z tym, co działo się przedtem, ani z innymi epizodami, jakie nastąpią jeszcze; epizod uwalnia teraźniejszość od obciążeń przeszłości i ciężaru trosk przyszłości).

Naskórkowość, płytkość emocjonalna, spłaszczenie czasowe, poszatkowanie czasu na nic związane ze sobą fragmenty, były kiedyś rozkoszami samotnego spacerowicza, pioniera patrzenia, które nic widzi i kontaktu bez dotykania, wynalazcy sztuki zanurzania się w powabach i urokach drugiego człowieka w sposób tak przemyślny, by żadne obowiązki i długi wdzięczności stąd dla zanurzającego się nic wynikły. Dziś są one w zasięgu ręki większości (choć nie wszystkich) mieszkańców miasta, i ci, którzy zabudowują i dekorują sceny dla spacerowych przygód, z góry troszcząc się o zaspokojenie potajemnych pragnień przyszłych spacerowiczów, wiedzą o tym dobrze i zacierają dłonie na myśl o nieprzebranych możliwościach handlowych, jakie w rozkoszach naskórkowości się zawierają. The Face jeden z licznych dziś “magazynów na wysoki połysk”, które przedstawiają świat skrojony na miarę spacerowicza; same będąc tego świata częścią i (nigdy niedoścignionym) wzorem, może (jak sugeruje jego sumienny i przenikliwy badacz, Dick Hebdidge9) posłużyć za wizerunek nowej rzeczywistości miejskiej:

Patrzenie ma pierwszeństwo nad widzeniem (a widzenie nad poznaniem)… Rzeczywistość jest tak cienka, jak papier, na jakim ją wydrukowano. Nic się nie kryje pod czy za jej obrazem, a więc nie ma ukrytej prawdy, którą należałoby ujawnić…

The Face nie służy do czytania; po tym magazynie należy włóczyć się, dryfować. “Czytelnik” ma prawo posłużyć się obojętnie jakimi środkami odbierania wrażeń, jakimi nauczył się posługiwać i używać ich w dowolnej kombinacji, byle tylko doznać satysfakcji (z definicji, nie ma cudzołóstwa w świecie, w jakim brak monogamicznych/monoteistycznych/monadycznych podmiotów, nie ma “perwersji” w świecie pozbawionym norm) … Dryfując, “czytelnik” może rozkoszować się tekstem do woli bez potrzeby złożenia ślubowań małżeńskich czy zaciągnięcia pożyczki hipotecznej na zakup mieszkania.

Krótko, zwięźle i bez zastrzeżeń, powiadamia The Face swych odbiorców o nieodwołalnej separacji między “wartościami użytkowymi/przyjemnościowymi, a przysięgą/zobowiązaniem, by ‘kochać, szanować, słuchać’. Gdzie indziej wskazałem na tę separację jako na główną wśród ponowoczesnych odmian mechanizmu adiaforyzacji ogołocania stosunków międzyludzkich z sensu moralnego, wyłączania tych stosunków z zasięgu ocen moralnych, uznawania ich, w teorii i praktyce, za “moralnie obojętne”. Koła zamachowe adiaforyzacji zaczynają się obracać w momencie, gdy przedmiotem stosunku są jedynie wybrane (“odnoszące się do sprawy”, “użyteczne”, “interesujące”) aspekty partnera jako że tylko pełne stosunki, stosunki ogarniające całość partnera (w sensie zarówno przestrzennym, jak i czasowym), są na tyle pojemne, by pomieścić wzajemną odpowiedzialność, bez której moralność stosunku spełnić się nie może. Obok nowoczesnej biurokracji z jej “odkotwiczoną”, dryfującą odpowiedzialnością i nowoczesnym światem interesów z jego programowym ograniczeniem czasowoprzestrzennym kontaktów ludzkich do zakresu przewidzianego w umowie i narzuconego przez zobowiązania formalne, jest dziś logika miejskiego życia, forytująca “przyglądanie się bez tego, by widzieć”, głównym bodaj mechanizmem adiaforyzacji. Zubożone moralnie, jest życie miejskie podatnym tworzywem dla innych niż moralne trosk i popędów; jest idealnym terenem myśliwskim dla łowców wrażeń, poszukiwaczy czysto estetycznego, niezmąconego przez inne kłopoty, zaspokojenia.

Jeśli zaufać analizom Henninga Becha, upajające doznanie wolności bez granic i szans nie do ogarnięcia, jakie kojarzy się z życiem miejskim, wypływa nie tylko (i nie tyle!) z różnorodności wrażeń, jakie sypią się w mieście na przechodniów jak z rogu obfitości, ale także (i chyba przede wszystkim!) z faktu “wyzwolenia od siebie”, z uśpienia czy chwilowego wyciszenia całościowej, a więc moralnie zaniepokojonej, bacznie samoobserwującej się jaźni. Z natury rzeczy (a jest ta natura wciąż na nowo odtwarzana przez wybory dobrowolne i gorliwe), zadzierzgane w mieście stosunki są anonimowe i wolne od zobowiązań na przyszłość. Są też te stosunki przepojone duchem konsumpcyjnym: wchodzi się w nie tylko po to, by od nich uciec, gdy zasób uciech się wyczerpie, nie trwają te stosunki dłużej od radości, jaką przynoszą, i znikają bez śladu w chwili, gdy inne, nie próbowane jeszcze związki przyobiecują większe, lub choćby nowe, nie smakowane jeszcze radości. Całkiem jak towary nęcąco wyłożone na sklepowych ladach, chwyta się i porzuca kontakty miejskie do woli; zainteresowaniem i zniechęceniem kieruje tylko koczownicza, z przyrodzenia niecierpliwa uwaga, i wiecznie nienasycone, lecz łatwo nużące się, pożądanie wrażeń.

Wędrującymi i programowo nieobowiązującymi kontaktami nieznajomych zdaje się kierować głównie zmysł dotyku (ta okoliczność nasunęła chyba Bechowi myśl o erotycznym charakterze specyficznie miejskich przyjemności). “Przyglądanie się bez widzenia” zatrzymuje się przecież na powierzchni, zaś powierzchnie ukazują się zmysłom jako potencjalne przedmioty dotykowych głównie wrażeń: patrzenie bez widzenia jest namiastką, przeczuciem czy prawzorem dotykania bez obejmowania, głaskania bez przygarnięcia. Zaadresowana do współprzechodniów “prezentacja jaźni” na miejskiej ulicy jest nade wszystko, być może wyłącznie, prezentacją powierzchni – kompozycja obrazu podporządkowana jest antycypacji dotyku. To właśnie potencjalne wrażenie dotykowe wystawia się na pokaz publiczny, wypycha na plan pierwszy, ujaskrawia tak, by natrętnie rzucało się w oczy.

W życiu miejskiej ulicy ludzie są dla siebie nawzajem powierzchniami. Przechodzień toruje sobie drogę wśród parady powierzchni, sam będąc jej uczestnikiem – spacer miejski jest zwiedzaniem wystawy powierzchni, w jakiej spacerowicz sam jest eksponatem. Wystawienie na pokaz obnaża powab eksponatów (wabią one i nęcą swym powabem, co nader łatwo odczytać, mylnie, jako zaproszenie), ale niczego nie obiecuje i do niczego nie zobowiązuje; wystawia więc przechodnia (który zarazem zwiedza i “jest zwiedzany”) na olbrzymie ryzyko. Szansę upojnego powodzenia i upokarzającej porażki równoważą i kasują się nawzajem i nie dają się od siebie oddzielić. Ulica miejska podnieca i straszy zarazem. Redukując jaźń do powierzchni (kryjąc ją szczelnie za powierzchnią jak za tarczą), do czegoś, co można względnie łatwo kontrolować, a nawet zmieniać dowolnie, logika ulicy miejskiej zabezpiecza z pozoru jaźń przed intruzami. Faktycznie jednak, z powodu nieporozumień semantycznych nieuniknionych na wystawie powierzchni, nawet i doświadczony mieszkaniec miasta musi wiecznie zachowywać czujność i węszyć zasadzkę. Co gorsza, najtroskliwsza nawet i najsumienniejsza kalkulacja nie usunie ryzyka całkowicie, i każde posunięcie będzie brzemienne następstwami tyleż nieprzewidzianymi, co niepożądanymi. Najbardziej czarująca z początku gra hazardowa staje się nie do wytrzymania, gdy się ją uprawia bez przerwy, i myśl o spokojnej, wolnej od ryzyka przystani – o domu – staje się coraz bardziej natarczywa, aż dom wyśniony rozrasta się w pokusę, jakiej oprzeć się już nie sposób.

OBCY ANTE PORTAS

Autor fundamentalnego studium współczesnych przejawów rasistowskiego szowinizmu10, Phil Cohen, twierdzi, że wszelka heterofobia o podłożu etnicznym lub rasowym – ustawianie elementów etnicznie lub rasowo obcych jako zewnętrznych granic (i ograniczeń!) własnej, jednostkowej i grupowej, suwerenności i wyidealizowane wyobrażenie “domu” jako bezpiecznego schronienia, jako miejsca, gdzie można zdjąć zbroję i odstawić kołczan do kąta, służy za sensodajną przenośnię. To właśnie myśl – wspomnienie, marzenie o bezpiecznym domu uwypukla niebezpieczeństwa, od jakich roi się ulica i piętnuje ludzi, których tylko na ulicy się spotyka, jako nosicieli zagrożeń. Ludzi tych – obcych i groźnych – trzeba poskromić i obezwładnić, trzymać na uwięzi lub na odległość. Otoczenie zewnętrzne postrzega się jako jednolicie niebezpieczne i niepożądane, w przeciwieństwie do obszaru po tej stronie koronkowych firanek, na jakim “standardy własne dają się postrzegać”. Pojęcie domu kurczy się do rozmiarów owego znikomego wycinka chaotycznego świata, nad którym człowiek może panować uznając go za swą własność, doznając tym samym wrażenia pewnego “przyrodzonego ładu” i spodziewając się “przyzwoitości”.

To właśnie sen o przestrzeni, której można skutecznie bronić, o obszarze okolonym nieprzenikliwymi, pilnie strzeżonymi granicami, terenie semantycznie przejrzystym i semiotycznie czytelnym, działce wolnej od ryzyka, a nade wszystko od ryzyka nieobliczalnego – czynią ze zwykłych nieznajomych (owych, na co dzień, “mętnych obiektów pożądania” przeciętnego spacerowicza) nieprzyjaciół złowrogich a podstępnych. A zważywszy, jakich to zawiłych i trudnych do opanowania umiejętności, wyczerpujących wysiłków, i niezmordowanej czujności sztuka miejskiego życia wymaga, nie dziw, że jawa miejskiego żywota czyni pokusę “ucieczki w sen” coraz to bardziej ponętną.

Ów dom ze snów czerpie swój sens z opozycji między ryzykiem a kontrolą, zagrożeniem a bezpieczeństwem, wojną a pokojem, epizodem a ciągłością, pokawałkowaniem a całością. Jest ów dom, innymi słowy, schronieniem przed utrapieniami i niedolą miejskiego życia, przeciwwagą dla losu obcego skazanego na życie wśród obcych. Kłopot polega jednak na tym, że owo lekarstwo cudowne można tylko sobie wyobrażać lub się go domagać; w postaci, w jakiej spełniłby pokładane w nim nadzieje, osiągnąć się go nie da, jako że to, co mieszkańcom miasta najbardziej doskwiera i przed czym ratunku szukają, przenika wszystkie zakątki ich życia. Ta nieosiągalność cudownego środka na miejskie nowoczesne bóle, owa przepaść nie do przebycia między domem wymarzonym a każdą konkretna budowlą z cegły czy kamienia i każdym konkretnym “nadzorowanym sąsiedztwem”, czynią konflikty terytorialne jedyną realną modalnością “domu”, a potyczki graniczne jedyną receptą na “namacalność” jego murów i bram. Obcy rozbił obóz ante portas, ale to właśnie bliskie sąsiedztwo obcego, gotującego się do ataku, najazdu czy włamania, nadaje bramie cielesność, sens granicom posesji i racje kłódkom.

Obcy ante portas (jest brama jedynym miejscem, gdzie można się go spodziewać) nie jest nieznajomym, jakiemu przyglądaliśmy się poprzednio, nie tym obcym, który wtapia się w tło miejskiej przechadzki, czasami wypadając z bezbarwnego roztworu ku uciesze i zabawie spacerowicza. Wszelkie podobieństwo jest tu, jak się powiada, przypadkowe… Ta okoliczność, że oba zjawiska noszą to samo imię, jest źródłem licznych teoretycznych nieporozumień i praktycznych komplikacji. Byłoby lepiej nazywać te dwa typy obcych, przez różne przecież procesy społeczne kształtowane, różnymi imionami. Tak czy owak, wypada zdać sobie jasno sprawę z różnic między nimi. Obcy ante portas jest wolny od tej dwuznaczności, która czyni przechodniów na miejskiej ulicy źródłem niewyczerpalnych, choć i kosztownych czasem, przyjemności. Obcy mieniący się na przemian radosnymi kolorami niespodzianki i mrocznymi barwami ryzyka jest wytworem poszukującego przygód spacerowicza; obcego ante portas lepią zmożeni tęsknotą za “stałym adresem” (a także grubymi, dźwiękoszczelnymi murami) włóczędzy, znużeni nadmiarem ulotnych a hałaśliwych wrażeń, od których daremnie szukają wytchnienia. W chwili, gdy przenika go tęsknota za “domem”, spacerowicz przedzierzga się we włóczęgę, a obcy przepoczwarzą z atrakcji w groźbę, z obietnicy podniecających przygód w znak ostrzegawczy ubi leones. Rzec można, że “obcy” spacerowicza jest osadem proteofilii, gdy “obcy” domatora krystalizuje się w roztworze proteofobii. Zaś nieuleczalnie proteokształtny świat współczesnego miasta prowokuje “Uliczne” i “fobiczne” reakcje w tym samym czasie i w równej mierze. fot. Z. Bauman

W mieście współczesnym drogi tożsamości rozeszły się (powiadają, że na zawsze) ze szlakiem wytyczonym przez pochodzenie. Owe powierzchnie, jakie nieznajomi ukazują sobie nawzajem, pozbawione są głębi; nie kryje się za nimi czy pod nimi żadna “natura”, która mogłaby ich bezapelacyjnie określić. Aby raz jeszcze zacytować Sennetta – historii powierzchownych zetknięć brak ciągłości i konsekwencji, a doświadczenie różnic jest fragmentaryczne, nie układa się w linię (powiedzieć możemy, że postrzeżenia powierzchni nie sumują się w wyobrażenie całościowe; albo że nie można zlepić całości ze sporadycznych oglądów powierzchni, choćby nie wiem jak licznych).

W toku życia człowiek staje się dla siebie cudzoziemcem – a to dlatego, że dokonuje rzeczy i doznaje uczuć, jakie nie mieszczą się w ramie uznanej tożsamości, i kłócą się z rzekomo nieodmiennymi wyznacznikami rasy, klasy, wieku, płci, czy przynależności etnicznej 11 .

Żadna tożsamość nie jest skamieniała ani dana raz na zawsze. Każdą trzeba budować, i to bez ustanku, i wciąż na nowo (każda bytuje niejako tylko na placu budowy); nie ma gwarancji, że wznoszona budowla będzie kiedyś zakończona i uwieńczona dachem. Ta ogólna zasada odnosi się w równej mierze do tożsamości rzekomo odziedziczonych. Tożsamości otwarcie nowe, projektowane, i te jakoby “repatriacyjne”, będące korzeniem, do którego się “powraca”, są tu w podobnej sytuacji. Nie ma “powrotu do pochodzenia” -przeszłość nie jest pełną pamiątek skrzynią odstawioną chwilowo na strych, którą w razie potrzeby można wynieść na zewnątrz, a zawarte w niej cacka odkurzyć i wypolerować, by odzyskały dawny blask. Tożsamość “pochodzeniowa”, jak każda inna, jest projektem i bytuje jedynie w niespełnionej jeszcze z definicji przyszłości; tę przyszłość, która ma ponoć tożsamość determinować, trzeba dopiero ułożyć z klocków znaków i symboli, na jakie natykamy się – z reguły pobieżnie i na ułamek chwili na miejskim targowisku. Z tego punktu widzenia, nie różnią się od siebie przód od tyłu, “pełne chwały dziedzictwo” od zuchwałego zamiaru. Bez względu na to, czy umieszczamy dom naszych marzeń w utraconej ponoć lub zagrożonej utratą przeszłości, czy też lokujemy go w krainie świetlanego jutra – dom jest zawsze projektem, postulatem, i zawsze trzeba mrówczej pracy, entuzjazmu i ogromnego oddania, by nadzieja, jaka żywi projekt, nie uschła przed zakończeniem pracy…

JANUSOWE OBLICZE OBCEGO

Życie miejskie przyciąga i odstrasza. Jest pełne uroków i strachów. Obiecuje i grozi. Podnieca i męczy. Upaja wolnością nigdzie indziej nie doświadczaną i przeraża perspektywą ubezwłasnowolnienia i bezsiły.

Nowoczesna zapowiedź oczyszczenia kryształu wolności ze skaz podległości ślepym, nieprzeniknionym a przemożnym siłom, nie spełniła się; zaś gorliwe działania na rzecz jej realizacji – próby wtłoczenia miejskiego życia w sztywny gorset rozumowo wykoncypowanych reguł i zakazania wszystkiego, co reguły nie uczynią obowiązkiem dodały tylko nowe biedy (sztucznie wytworzone) do dawnych (żywiołowo powstałych) utrapień. Wszystko wskazuje na to, że sprzeczności życia miejskiego same nie znikną, a i usunąć ich się nie da. Jak powiada Jonathan Friedman, typowa dla dzisiejszego miasta inwazja pstrych, trudnych do pogodzenia, a nierzadko i wzajem sprzecznych, propozycji kulturowych, od jakich tożsamość nowoczesna usiłowała trzymać się z dala, zdaje się docierać do wszystkich zakamarków kondycji współczesnego człowieka. Skutkiem inwazji jest, z jednej strony, radość z odnajdywania wciąż nowych sensów, a z drugiej strach strach przed intruzem, podstępem i przemocą. Gdy mowa o inwazji, nie idzie tylko o najazd z zewnątrz, o zadomowienie się “obcych” w swojskim niegdyś otoczeniu, ale także i o inwazję wewnętrzną; doznawanie pragnień dawniej dławionych, wynurzanie się “obcego” z własnej jaźni12.

Nigdzie nie czuje się tej inwazji tak ostro i boleśnie jak w czasie miejskich przechadzek (a zaliczyć trzeba do tych przechadzek jako ich część istotniejszą, codzienne wielogodzinne wędrówki po tym, co Bech nazwał telemiastem – świecie obrazów wyczarowanych na ekranie telewizyjnym, w którym dobiega logicznego kresu znana z miejskiej ulicy “naskórkowość” kontaktów międzyludzkich; “telemiasto” zaludniają dwuwymiarowe powierzchnie ślizgające się po ekranie i nigdy od niego nie grubsze). Nigdzie też nie przeżywa się równie dojmująco sprzeczności między uczuciami rozradowania i obawy. To właśnie tu, na ulicach miasta lub telemiasta, rodzi się zamiłowanie do ulotnych wrażeń i rozmiłowanie w lekkiej, plastykowej i plastycznej tożsamości “do jednorazowego użytku” – a zarazem dławiąca tęsknota za “domem”, “wspólnotą”, w jakiej skazany na bezterminowe wygnanie ponowoczesny Prometeusz prestidigitator spocząć by mógł na chwilę po trudach tułaczki; i te dwa uczucia rodzą się z tego samego łona i nasienia, równocześnie -jak Syjamskie bliźnięta. Gdy jedno umiera, dogorywa i drugie. Jak powiada Dean MacCannell,

centralnym dla ponowoczesności problemem będzie produkcja namiastek “wspólnoty”, które z kolei mogłyby handlować przez siebie wyprodukowanym poczuciem “należenia” do wspólnoty… Wielkości i trudności takiego osiągnięcia inżynierii społecznej – konstytuowania wiarygodnych symboli wspólnot pod nieobecność wspólnoty – nie wolno nie doceniać, jak nie wolno umniejszać potęgi nacisków, które do tej konstrukcji pobudzają13.

Ambiwalencja uczuć podsycanych przez warunki życia miejskiego odbija się, jak w lustrze w wieloznaczności postaci Obcego. Obcy ma dwa oblicza. Jedno podnieca, i uwodzi obietnicą, jaka kryje się w każdej tajemnicy (Bech powiedziałby tu o sex-appealu, obcy jest sexy), zapowiada nie doświadczane jeszcze rozkosze nie domagając się w zamian żadnych zobowiązań lojalności; na tym obliczu maluje się obietnica nieobliczalnych szans, niezasmakowanych nigdy przyjemności i wciąż nowej przygody. Druga twarz jest również tajemnicza ale tajemnica, jaka się na. niej maluje, jest tym razem ponura, groźna i obezwładniająca. Obie twarze są na wpół widoczne, zamazane, goszczą w polu widzenia zbyt krótko, by się im dobrze przyjrzeć i by pierwsze wrażenie poddać próbie. Trzeba sporego wysiłku, by “wczytać”-wyraźne rysy w to miejsce, w jakim przed chwilą znajdowała się w jakim winna się znajdować twarz; wysiłku interpretacji- znaczeniotwórczego wysiłku. Jest sprawą interpretatora nadanie sensu ulotnym wrażeniom, odlanie płynnego metalu doznań w kamienne formy nazwanych i jednoznacznych uczuć, by zastygły w stereotypy; jest jego sprawą odseparowanie przynęty od pułapki, powabu od zagrożenia pożądania od odrazy. Jest też jego przeznaczeniem, że z chwilą gdy powiodło mu się rozłożenie mglistych doznań na składniki pierwsze, będzie się starał owe składniki zlepić na powrót w upiorną, przerażającą swą niespójnością, dwulicowość Obcego. Miksofilia i miksofobia walczą w tym wysiłku o lepsze, sprzęgnięte ze sobą na wieki w pojedynku, z jakiego żadna z nich nie może wyjść zwycięsko, ale też i w którym żadna nie może być pokonana.

PRZYPISY:

  1. M. Schluter i D. Lee, The R Factor, London 1993, s. 15. Powrót
  2. Por. L.-H. Schmidt, Settling the Values, Aarhus 1993, s. 1-8. Powrót
  3. A. Hornborg, Anthropology as Vantage-Point and Revolution, (w:) Anthropological Visions: Essays on the Meaning of Anthropology (w języku szwedzkim), pod red. K. Arhema; tu cytowane za przekładem angielskim autora. Powrót
  4. Por. L. Lofland, A World of Strangers: Order and Action in Urban Public Space, New York 1973, s. 176 in. Powrót
  5. R. Sennett, The Conscience of the Eye: The Design and Social Life of Cities, London 1993, s. 52. Powrót
  6. D. Hebdidge, Hiding in the Light, London 1988, s. 18. Powrót
  7. H. Bech, Citysex, referat wygłoszony na Międzynarodowej Konferencji poświęconej Geoographies of Desire: Sexual Preferences, Spatial Differences odbytej w Uniwersytecie Amsterdamskim 18-19 czerwca 1993. Por. także Living Logether in the (post)modern World, odczyt ogłoszony na sesji poświęconej Changing Family Structures and New Forms of Living Together w czasie Europejskiej Konferencji Socjologicznej w Wiedniu, 26-28 sierpnia 1992. Powrót
  8. E. Fromm, The Anatomy of Human Destructiveness, London 1974, s. 343. Powrót
  9. Por. Hiding in the Light, s. 159 i n. Powrót
  10. Por. P. Cohen, Home Rures: Some Reflections on Racism and Nationalism in Everyday Life, London 1993. Powrót
  11. The Conscience of the Eye, s. 148. Powrót
  12. J. Friedman, The Implosion of Modernity (cytowane za rękopisem). Powrót
  13. D. MacCannell, Empty Meeting Grounds: The Tourist Papers, London 1992, s. 89. Powrót
Zygmunt Bauman

Zygmunt Bauman (ur. 19 listopada 1925 w Poznaniu) – polski socjolog, filozof, eseista, jeden z twórców koncepcji postmodernizmu – ponowoczesności, płynnej nowoczesności, późnej nowoczesności. W 1954 roku ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, a 1960 roku uzyskał stopień naukowy doktora habilitowanego nauk humanistycznych w dziedzinie socjologii. Od 1968 jest profesorem. Przez wiele lat pełnił funkcję kierownika Katedry Socjologii na University of Leeds, od 1990 jest profesorem emerytowanym tej uczelni. Specjalizuje się w teorii kultury.
Nagrodzony m.in. nagrodą im. Theodora W. Adorno i nagrodą Księcia Asturii w dziedzinie komunikacji i nauk humanistycznych.

Komentarze

comments