francis_fukuyamaUważam globalizację za jedną z najbardziej postępowych sił we współczesnym świecie. Globalizacja sprzyja obniżaniu poziomu ubóstwa, a na dłuższą metę stwarza mieszkańcom krajów rozwijających się szansę na dołączenie do krajów przodujących.

 Kwestia globalizacji, do której wcześniej, w latach 90., nie przykładano większej wagi, obecnie została upolityczniona jak nigdy przedtem. Najwyraźniej znaczna część lewicy doszła do wniosku, że właśnie globalizacja jest wrogiem numer 1; że to nic innego jak narzędzie międzynarodowych korporacji, prowadzące do nierówności gospodarczej i w jakimś sensie sprzeczne z ideałami demokracji.

Mamy tu do czynienia z dwiema różnymi kwestiami. Jedna to istotne pytanie o wpływ, jaki globalizacja wywiera na demokrację, druga zaś to pytanie natury proceduralnej, a mianowicie, czy instytucje promujące globalizację nie wyrastają ponad instytucje demokratyczne, którym mają służyć. W moim przekonaniu ludzie, którzy protestowali w Seattle przeciw globalizacji, mylą się. W tym sensie różnimy się z Benjaminem Barberem – ja znacznie lepiej oceniam wpływ rynku zarówno na politykę, jak i społeczeństwo obywatelskie.
Uważam globalizację za jedną z najbardziej postępowych sił we współczesnym świecie. Globalizacja sprzyja obniżaniu poziomu ubóstwa, a na dłuższą metę stwarza mieszkańcom krajów rozwijających się szansę na dołączenie do krajów przodujących. Barber ma rację, gdy mówi, że w Stanach Zjednoczonych demokracja poprzedziła powstanie kapitalizmu rynkowego, ale prawdą jest także i to, że istnienie prężnej i zdrowej gospodarki rynkowej bardzo pomaga instytucjom demokratycznym w osiągnięciu sukcesu. Tę zależność między rozwojem a demokracją mój kolega Martin Lipset dostrzegł 40 lat temu.
Dziś uzupełnia się ją o nowe stwierdzenia. Polski socjolog, z którym współpracuję, zauważył, że przejście do demokracji może nastąpić na praktycznie każdym poziomie rozwoju ekonomicznego. Natomiast trudno znaleźć przypadki odwrotu od demokracji ku reżimom autorytarnym w krajach, w których wskaźnik dochodu narodowego na głowę mieszkańca przekroczył poziom 6 tys. dolarów. Powyżej tego poziomu dochodów społeczeństwo obywatelskie krzepnie na tyle, by móc prowadzić dyskurs demokratyczny.
Nie twierdzę, że to wystarczy, aby stworzyć demokrację, ale jest bardzo pomocne. Dlatego tak ważna jest wiedza, w jaki sposób kraje powinny podążać drogą rozwoju gospodarczego, tak by osiągnąć poziom zasobności materialnej, na którym znacznie łatwiej jest budować instytucje demokratyczne, kierować nimi i je konsolidować. Wiele krajów i regionów świata idzie tą drogą. Podjęły one wyzwanie rzucone przez globalizację i zostały za to nagrodzone. Wiele takich przykładów znajdziemy w Azji i w Ameryce Łacińskiej.
Ludzie zdają się nie w pełni doceniać wpływ, jaki globalizacja wywiera na kraje formalnie demokratyczne, ale rządzone przez zamknięte elity. W wielu z nich istnieją fundamenty gospodarki rynkowej i demokracji, ale kraje te cierpią na poważny brak legitymizacji z powodu korupcji panującej w ich instytucjach politycznych. Jeśli ktoś starałby się wymyślić wielopłaszczyznową strategię postępowania w tego typu przypadkach, wydaje mi się, że globalizacja musi być elementem proponowanego rozwiązania. Jeśli bowiem np. tamtejszych elit nie wystawi się na działanie konkurencji ze strony świata zewnętrznego, okopią się na swoich pozycjach.
Kryzys azjatycki stanowi dobry tego przykład. Dziś w Korei księgowością zajmują się w znacznym stopniu KPMG i Arthur Andersen. Okazało się bowiem, że stosują bardziej otwarte standardy rachunkowości i są przejrzystsze niż firmy koreańskie.
Nie zamierzam zatajać niepożądanych skutków gospodarczych globalizacji. Głównym problemem jest to, że nie wszystkie kraje spełniają instytucjonalne i polityczne warunki do podjęcia wyzwań i skorzystania z okazji, jakie ona stwarza. Bez bazy politycznej, bez solidnych instytucji, bez legitymacji demokratycznej polityka gospodarcza promująca globalizację może w istocie prowadzić do sytuacji znacznie gorszych niż kompletny brak liberalizacji. Jeśli ktoś dereguluje rynek kapitału krótkoterminowego bez odpowiedniego systemu regulacji bankowych, po prostu szuka guza. Tak było w Tajlandii.
Jest też problem nierówności dochodów, niezmiernie skomplikowany, ponieważ żądania związków zawodowych w krajach rozwiniętych są całkowicie sprzeczne z tymi, jakie wysuwają pracownicy w krajach ubogich. Myślę, że globalizacja w istocie realizuje marzenia marksistów o przenoszeniu dobrobytu i możliwości zatrudnienia do ubogich części świata. Dzieje się to kosztem gorzej wykwalifikowanych pracowników w krajach rozwiniętych, więc nie jest dziełem przypadku, że AFL-CIO i związki zawodowe krajów rozwiniętych nie są specjalnie zachwycone liberalizacją handlu. Ale z drugiej strony – jeśli tylko nie jest się zainteresowanym losem pracowników we względnie zamożnej części świata – trudno jest twierdzić, że globalizacja jest czymś złym z punktu widzenia globalnej dystrybucji dochodów, skoro na miejsce każdego stanowiska pracy likwidowanego w USA, Francji lub Niemczech prawdopodobnie powstają trzy czy cztery miejsca pracy w Malezji czy Indiach.
Jeśli chodzi o instytucjonalną stronę globalizacji, w wielu punktach zgadzam się z Barberem. To prawda, że globalizacja ma jednostronny charakter, dotyczy jedynie informacji, kultury i handlu, a zwłaszcza kapitału, siły roboczej i ludzkiej mobilności. Tu zmiany są oszałamiające. Nie udało się jednak stworzyć instytucji politycznych na skalę globalną. Mamy dużą ilość instytucji powstałych – w znacznej mierze w wyniku działań bankierów – aby zaspokoić potrzeby globalnego porządku kapitalistycznego: MFW, Bank Światowy, Światowa Organizacja Handlu (WTO). W skali regionalnej to Unia Europejska, NAFTA i tym podobne – większość z nich stworzona została przez technokratów do osiągania w znacznej mierze technokratycznych celów. Moim zdaniem w wielu z nich powstał prawdziwy deficyt legitymizmu.
WTO jest dobrym tego przykładem. Nikt nie wie, jak WTO podejmuje decyzje – nawet w wielu spośród krajów, które powołały do życia tę organizację.
Innym problemem jest to, że znaczne obszary globu nie są objęte działaniami żadnych organizacji. Nie mamy np. globalnej agencji ochrony środowiska, a państwa narodowe nie są w stanie rozwiązać wielu problemów dotyczących ochrony czy też kontroli globalnego środowiska naturalnego. Dlaczego tak się dzieje? Czy komuś zabrakło odwagi? A może to skutek obciążeń ideologicznych elit, przepojonych od czasów rewolucji Reagana i Thatcher rynkiem i deregulacją? Myślę, że w jakimś stopniu tak właśnie jest. Ale też największy problem z zarządzaniem światem polega na tym, że nie ma ono w sobie nic z ideologii. Z pewnym pesymizmem zastanawiam się, czy są jakieś łatwe sposoby rozwiązywania owych problemów. Podstawowym problemem jest zaś, jak sądzę, to, że instytucje demokratyczne nie wyrastają wiele ponad poziom państwa narodowego, a i na poziomie państwa narodowego nie spisują się zbyt dobrze.
Teraz kilka słów o legitymizacji i skuteczności. Międzynarodowy Związek Telekomunikacji (MZT) z siedzibą w Genewie jest organizacją w starym stylu, scentralizowaną, zhierarchizowaną, utworzoną przez telefonie krajowe. Ktokolwiek miał z nim do czynienia, ten go nie znosi, bo pracuje wolno, jest nieelastyczny, zawsze opóźniony od pięciu do dziesięciu lat w stosunku do zmian, które ma regulować. Nie ma w ogóle kontaktu ze społeczeństwem obywatelskim.
W rezultacie administracja Clintona powołała organizację do spraw Internetu ICANN (International Committee on Assigned Names and Numbers), która miała znaleźć remedium na problem owych wielkich międzynarodowych biurokracji. Jednak tego rodzaju nieformalna organizacja jest w stanie działać jedynie w małym, relatywnie homogenicznym otoczeniu. Na szczeblu międzynarodowym zawodzi kompletnie.
Istnieją poważne powody, dla których organizacje międzynarodowe mają formalne struktury i biurokracje podlegające regułom działania. Tylko tak można osiągnąć przejrzystość. Jednym z problemów organizacji takich jak ICANN jest to, że nikt, kto nie jest Amerykaninem, nie może zrozumieć, na jakiej podstawie podejmuje się w nich decyzje, bo wyglądają one jak prywatne organizacje koleżeńskie.
Kontrast między MZT i ICANN trafia w sedno problemu globalnego zarządzania. Po jednej stronie biurokracja, scentralizowana i hierarchiczna, powolna, nieelastyczna i obojętna; po drugiej – organizacja elastyczniejsza, której jednak ludzie nie rozumieją i którą w jakimś sensie uważają za niedemokratyczną. Sam nie wiem, co zrobić z tym fantem.
Organizacja, która, jak się wydaje, mogłaby w przyszłości służyć jako źródło zarządzania w skali międzynarodowej, to WTO. Ludzie, którzy protestowali przeciw niej w Seattle, mieli rację w tym sensie, że jest to jedyna organizacja globalnego zarządzania, która ma szanse na uprawnienia wykonawcze – po prostu dlatego, że sprawuje kontrolę nad handlem i kwestiami gospodarczymi, które mają znaczenie dla wszystkich. Podobnie jak Barber nie widzę niczego złego w długoterminowym programie upolitycznienia WTO oraz użycia go jako ciała zdolnego do ustanawiania pewnych podstawowych reguł. Nie zacząłbym jednak od praw pracowniczych, ale od praw człowieka, bowiem wydaje mi się, że co do nich możemy się zgodzić. Zakaz pracy niewolniczej, swoboda stowarzyszeń, zakaz dyskryminacji itp. – WTO ma szansę wykreować konsensus w tej materii.
Problem w tym, że trudności, jakie napotykałoby upolitycznienie organizacji takiej jak WTO, byłyby naprawdę ogromne. W istocie, gdybyśmy poszli tą drogą zbyt daleko, ryzykowalibyśmy wylanie dziecka z kąpielą. Gdyby bowiem w ramach tego typu ciała reprezentowane były zarówno interesy siły roboczej, jak i kapitału, unicestwiłoby to WTO jako instrument liberalizacji handlu. A właśnie liberalizacja handlu jest naprawdę ważnym celem programu globalnego.

Przełożył Jan Sęk

Francis Fukuyama

Francis Fukuyama (ur. 27 października 1952 w Chicago) – amerykański politolog, filozof polityczny i ekonomista. Jest profesorem międzynarodowej ekonomii politycznej i dyrektorem międzynarodowego programu rozwoju w szkole zaawansowanych studiów międzynarodowych (Paul H. Nitze School of Advanced International Studies) na Uniwersytecie Johna Hopkinsa. Jest też byłym: wicedyrektorem Zespołu Planowania Politycznego Departamentu Stanu USA, wieloletnim współpracownikiem RAND Corporation (członkiem zespołu konsultantów), oraz profesorem George Mason University w Waszyngtonie.

Komentarze

comments