Josip_Broz_Tito_Bihać_1942

Josip Broz Tito

Piotr Iskra
“Dni wielkiego płaczu”

Jedna tylko rzecz szybsza jest od światła,

Która nam pozwala zwiedzać to, co chcemy.

Każdy ją posiada: jest to wyobraźnia –

Dar umysłu wielki i nad wyraz cenny.

Pozwala nam wędrować poza granicami,

Poza racjonalnym oraz poza czasem.

Mnie również pozwoliła przenieść się oczami

W miejsce oraz okres, które ujrzeć chciałem.

 

Okres ten to pierwsze dni miesiąca maja –

Czas, kiedy przyroda już się rozbudziła

Każda z roślin wtedy w liście się uzbraja;

Każda śniegi z odnóg na dobre odrzuciła.

Rok osiemdziesiąty wieku dwudziestego –

Stał się on zwiastunem przemian nadzwyczajnych.

Wiele z nich się ziści dnia już wspomnianego –

Zarówno sławetnych, jak i zapomnianych.

 

Zostawmy jednak innym politykę wielką.

Skupmy się na dniach w tytule wspomnianych.

Wszystkie nasze łzy ledwie są kropelką

Przy wielkim morzu rozpaczy tego dnia powstałym.

Mogliśmy doświadczyć zatrzymania czasu,

Zakłócenia rytmu stałego, niezmiennego.

To się nie zdarzyło nigdy ani razu,

By świat zrezygnował z krążenia trwałego.

Z niezwykłą uwagą oczy nieruchome,

Których dziś nie ruszy wybuch atomowy,

Wpatrzone są ślepo w cichą Europę,

A konkretnie w Belgrad w żałobie pogrążony.

 

tito funeral

Trumna z ciałem marszałka Tito

Przybyli tam rządzący z całej Ziemi naszej;

Ukłon w stronę drewna – taki jest ich cel.

Część z nich o duszy czystej, a część wręcz łajdaczej;

Podadzą sobie dłonie ciemność oraz biel.

Nie zapominajmy wszak o zwykłych ludziach –

Było ich z pewnością milion bez mała.

Przywiodła ich tu wszystkich ukrywana w sercach

Wieź ze swym przywódcą silna oraz trwała.

 

Wkraczam bez pytania – mnie wszak nie widzi nikt –

Do wnętrza parlamentu – pięknego, wystawnego.

Wkraczają też żołnierze – lśni pot na twarzach ich;

W rękach dzierżą trumnę z drzewa dębowego.

Stawiają ją na gładkim, szkarłatnym postumencie

Tymczasem w holu rośnie liczba nowych gości.

Zebrani przy swym martwym, cichym dyrygencie

Pozwalają rosnąć uczuciu żałości.

Przykrywają trumnę flagą swej ojczyzny.

Rubin, morze, śnieg – barwy tegoż paska.

Może się z pozoru wydawać bardzo zwykły,

Lecz to, co go wyróżnia, to rubinowa gwiazda.

 

Gwiazda to nadziei dla uciśnionych ludów,

Gwiazda szlachetności i sprawiedliwości

Dla pracowników fabryk i tych, co przy pługu,

I dla mnie, który szczęścia nie zaznał w miłości…

 

Lecz oto delegacja kolejna staje w drzwiach:

To wnoszą ordery na tablicach miękkich.

A jest ich ponad setka – w najwspanialszych snach

Nie wyśniłbym ich tylu – tak lśniących i tak pięknych.

 

Stawiają wokół trumny i zapada cisza.

Wreszcie dwóch mężczyzn do niej podchodzi.

Kładą wieniec, stają – to Żarko oraz Misza

Przybyli po raz ostatni ojcu się pokłonić.

 

Tuż za nimi Jovanka – podstarzała, lecz piękna.

W małżeństwie czasem płakała, a czasem się śmiała,

Lecz teraz jej sercu pozostaje pękać,

Co też pozbawia złudzeń – ogromnie cierpiała.

Jej lśniące, czarne włosy stały się matowe,

Smutek z pełną siłą radość jej wypędza.

Widzę ją i jest już dla mnie niewątpliwe:

Duchowo podzieliła los swojego męża.

 

Tuż po niej wkracza nieśmiało dwóch następców

Na stanowiskach panów: Doroński, Koliszewski.

Żaden z nich nie dotarł do dusz swych wyborców –

Ani do chorwackich, ani też do serbskich.

 

Ani też do innych narodów państwa swego,

Którego obywatele szturmują właśnie izbę.

Nie jestem w stanie dostrzec końca sznura tego;

Nie jestem w stanie ludzi określić jego liczbę.

Maszerują wszyscy – każdy wiek, każda płeć,

Silni na ciele i niedomagający.

Lecz pośród nich i tacy, co również mieli chęć

Stanąć przed tą trumną, lecz stąd niepochodzący.

 

Oto idzie Kekkonen z kraju jezior setek,

Którego uznano wielkim jeszcze za żywota.

Którego wziął pod skrzydła zza granicy gensek;

Jego wizerunek znalazł się na banknotach.

 

Dalej za nim idzie nasz polski Sztygar;

Na węglowym wyciągu na szczyt się z czasem wciągnął.

Nie sposób jest wyliczyć tychże wszystkich cygar,

Którymi tyle razy z tym drugim się zaciągnął.

 

Kolejny wieniec kładą delegaci z Indii;

Na ich czele żona rewolucjonisty.

Umrze jak jej mąż – przez rozlanie krwi;

Często taki los indywidualisty.

 

Są i z Ameryki – wiceprezydent,

A także siwiejąca prezydenta matka.

Prezydenckiego Domu niedoszły rezydent

I przez większość życia żarliwa pielęgniarka.

 

Delegatów nie brakuje też z Czarnego Lądu –

Idzie więc na przedzie prezydent czarno-biały.

Gwinejczyk, który zaczął erę nowych rządów.

Któremu później masy wolność zawdzięczały.

 

Kolejny dygnitarz to jeden z trzech Niemców,

Którzy, stanowiska piastując wysokie,

Przybyli z dwóch stron muru, zaś trumna ich rozjemcą,

By także oddać cześć hermetycznej osobie.

Więc idzie były kanclerz gubiąc resztki włosów –

Z załamaniem w oczach wybitny noblista.

Wtedy, teraz, potem szukający pokoju,

Klękający ciągle cierpiący altruista.

 

Ludzi nie maleje, sznur się nie zaciera;

Chyli czarne czoło swe prezydent Zambii.

Twarz płócienną chustą ze srebrnych łez wyciera;

Tak samo pokojowy jak już wspomniany Gandhi.

 

Przychodzi wreszcie czas na Lonię półżywego –

Chwiejnym krokiem z wieńcem zbliża się do trumny.

Gromyko bystrym wzrokiem trzyma utytego,

Któremu alkohol przyniósł skutek zgubny.

 

tito-in-thatcher

Margaret Thatcher

Za nim człowiek-kontrast – Kobieta Żelazna.

Przez krezusów potężnych do dzisiaj hołubiona.

Walczyła z wolnością i wolność poszerzała;

Przez masy jeszcze długo będzie nienawidzona.

 

Smutną ma też twarz Nikołaj z Rumunii,

Którego życiem rządziły megalomania i buta.

W odosobnieniu działał obok Drugiej Unii;

Roztrwaniał wszystko stawiając pomniki swe ze złota.

 

Nadchodzi drugi Niemiec z tej samej muru strony,

Następca noblisty dłużej rządzący.

Lecz, pomimo tego, nie został wyniesiony

I dla całego świata pozostał mniej znaczący.

 

Austriak bez przeszłości następny wieniec składa

I z kamienną twarzą wpatruje się w trumnę.

W obecnej chwili pierwszy gensek świata,

Za lat sześć niecałe porwie masy tłumne.

 

Chyli swoją głowę prezydent baraku,

Który zyskał miano „w miarę szczęśliwego”.

To dzięki polityce i smakowi gulaszu

Cieszył się spokojem przez jedną czwartą wieku.

 

Gość nieoczekiwany – partyzant bezimienny

W nieznanym mi geście podnosi prawą pięść.

Jego to działania przyniosły zwrot zbawienny

Lat temu kilkadziesiąt, gdy w świat był wbity cierń.

 

Ostatni już Niemiec wspomniany przeze mnie –

Jam go zapamiętał przez pocałunek z Lonią.

Mokro, soczyście i tak romantycznie –

Czuł to, nie wiedząc, że wkrótce go pogonią.

 

Jest delegacja z Japonii – na jej czele Ohira.

Kłania się głęboko – otacza trumnę czcią.

Z Syrii natomiast jest ojciec Baszara –

Dzisiaj jego kraj stoi nad przepaścią.

 

tito-bye-arafat

Yasser Arafat

Ku wieńcom salutuje bojownik o wolność;

Spod ciemnych okularów spływają drobne krople.

Też pokoju szukał, lecz stale rośnie wrogość

I jedno państwo obcym narzuca hegemonię.

 

No i jest jeszcze jeden – głowa Iraku –

Do dziś jego historii nie wyjaśniono.

Z myśliwego stał się celem ataku;

Ćwierć wieku później za szyję go powieszono.

 

Jeszcze idą dzieci elektryfikatora,

Którego za życia tak uwielbiał lud.

Do dzisiaj funkcjonuje olbrzymia zapora

Co nad Nilem krzewi elektryczności cud.

 

I tak idą wszyscy, pochylają głowy.

Nie sposób wszystkich zliczyć; powtarzam to znowu.

To prezydent kolejny, to staruszek nowy;

Idą jeszcze po upadku głębokiego zmroku.

Lecz oto wstaje nowy dzień wielkiego płaczu,

Stoi już konwój przed parlamentem.

Tłumy mieszkańców się tym widokiem raczą;

Wielu wypełnionych goryczą i lamentem.

Słońce już najwyżej, wybiło południe,

Wszyscy, którzy muszą, na baczność zaraz stają.

Wynoszą i kładą na przyczepie trumnę

Po czym ją ponownie flagą przykrywają.

 

Wreszcie konwój rusza, a za nim tysiące.

Tłum wielokolorowy idzie równym krokiem.

Jak wcześniej kolejka, tak on nie ma końca,

A wszyscy dygnitarze ustawieni bokiem.

Weterani, flagi, kwiaty i sztandary  –

Wszystko wprawione w jednostajny ruch.

Wybrani żołnierze niosą też ordery –

Mają przypominać o wielości zasług.

 

Kłaniają się z powietrza maszyny panu swemu

Niczym jaszczury na Bemowskim pogrzebie,

O którym Norwid pisał dawno, dawno temu

I, zanim go kto poznał, ten zasilił ziemię.

Lecz słowo wszelakie ma to do siebie,

Że, raz utrwalone, nigdy nie zaginie.

Więc, drogi czytelniku, mówię tu do Ciebie:

Twórz ile się da, zanim również zginiesz.

 

Tymczasem konwój osiągnął już Dom Kwiatów –

Martwy będzie zatem otoczony życiem.

To tutaj wódz wreszcie się uda do zaświatów,

To tutaj marmurowa płyta go okryje.

Lecz jeszcze przed przykryciem – Pieśń Międzynarodowa-

Ludów całej Ziemi jednoczycielka.

To dzięki niej się wlewa do serc nadzieja nowa;

Milknie i na sekundę zapada cisza wielka.

 

Nagle mały Chińczyk z przestrachem się zrywa:

Czyżby to wzywali na Sąd Ostateczny?

Nie, to tylko anioł duszę porywa

Z ciała i marmurów w miejsce bezpieczne.

 

 

Dalej…

 

 

Spośród wycia syren, klaksonów i gwizdków

Daję radę złapać salwę honorową,

A także stukot kół – to jedzie Plavi Voz

Który pędzi naprzód drogą kolejową.

 

 

Dalej…

 

 

Milkną wreszcie trąby, słońce już zachodzi,

Idzie koniec dnia, a z nim – Jugosławii.

Pracownik z fajką w ustach z fabryki wychodzi;

Nie wiemy, co robić – zostaliśmy sami.

Ta śmierć nas sierotami uczyniła wszystkich,

Historia w czarnej sukni zaś została wdową

Wszystko, co mieliśmy, zaprzepaściliśmy,

W grobie już jesteśmy jedną naszą nogą.

 

Lecz to w nas nadzieja, możemy wszystko zmienić.

Nie możemy słuchać jednostek szkodliwych.

My chcemy budować, nie zaś nienawidzić,

Nie chcemy oszustów, tylko uczciwych.

Zjednoczeni celem jesteśmy silniejsi;

Trzeba krzewić dobro, a nie ciągle gderać.

Pracując wszyscy razem jesteśmy skuteczniejsi

I nawet diabeł przyzna, że musimy wygrać.

Mieliśmy marszałka i on nas nauczył,

Jak kroczyć przez drogę do wielkiego szczęścia.

Nie sposób jest wyrazić, jak bardzo się przysłużył;

Nauka ta już dawno poszukuje ujścia.

 

Znajdźmy je i wznieśmy pięści nasze w górę!

Niechaj osiągną szczyty oraz niebo!

I znów się dźwignie okrzyk potężny ponad chmury:

Druže Tito, mi ti se kunemo!

 

Z dedykacją dla mego przyjaciela oraz dla kraju, który już nie istnieje.

 

 

 

 

.

 

 

 

 

Komentarze

comments